Zanim przyszła Godzilla: Apokalipsa w stylu retro

Widowiskowy reboot „Godzilli” przypomniał sentymentalnym widzom klasyczne japońskie produkcje, których historia sięga lat 50., ale mało kto wie, że tradycja apokaliptycznej fantastyki jest znacznie starsza.

Atomowa groza „Godzilli” zdaje się trącić myszką w czasach, w których bardziej niż wojna nuklearna przerażają nas genetyczne mutacje i broń biologiczna. Okazuje się, że takie fobie wcale nie są domeną współczesnego społeczeństwa.

Wrota do fantazji o zniszczonym świecie otworzyła sama autorka „Frankensteina”, Marry Shelley, powieścią „Ostatni człowiek” („The Last Man”. Wydane w 1826 roku dzieło przedstawia zaskakująco przystępną do dzisiaj historię. , w której poznajemy losy grupy ludzi walczących o przeżycie w świecie opanowanym przez tajemniczą zarazę. Głównym bohaterem jest mężczyzna desperacko usiłujący zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie.

Wątki, których nie powstydziłoby się dzisiaj kino katastroficzne, przedstawił w 1839 roku inny tytan literatury grozy – Edgar Alan Poe. W opowiadaniu „The Conversation of Eiros and Charmion” opisał emocjonującą rozmowę, którą w zaświatach odbywają dwie dusze. Tematem rozmowy jest, jakżeby inaczej, zagłada świata. Tą u Poe przynosi kometa, której kolizja z Ziemią pozbawia naszą atmosferę azotu, a oddychający wyłącznie tlenem ludzie tracą zmysły i rozpętują piekło.

Za prekursora współczesnej fantastyki postapokaliptycznej uważa się Richarda Jefferiesa, który w 1885 roku zaszokował czytelników powieścią „After London”. Jak sugeruje tytuł, akcja ma miejsce w Londynie, po niespodziewanej katastrofie. Podobnie jak wiele lat później Cormac McCarthy w „Drodze”, XIX-wieczny pisarz nie zdradza jaka była natura kataklizmu. Przedstawia tylko obraz kraju, niegdyś tętniącego życiem, a obecnie bezludnej pustyni. Pierwsze rozdziały to opis bezlitosnej przyrody, zajmującej miejsce ludzkości. Lasy wyrastają w miejscach, gdzie były pola i drogi, hodowlane zwierzęta dziczeją i doskonale radzą sobie bez pomocy człowieka, a na obszarze Londynu powstaje jezioro i toksyczne bagna.

Historie o ludziach otoczonych ruinami dawno minionej cywilizacji zdominowały prozę okresu wojennego. Obraz zniszczeń nabrał wtedy przerażająco realnego kształtu, a niepewność przyszłości znalazła ujście w apokaliptycznej fikcji, która dla ówczesnego czytelnika w każdej chwili mogła stać się rzeczywistością.

Omawiając historię steampunkowej apokalipsy nie sposób nie wspomnieć o dwóch kanonicznych dziełach H.G. Wellsa – „Wehikule czasu”, oraz o „Wojnie światów”. Pierwszy tytuł szybko oddala się od XIX wieku i przenosi czytelnika w odległą przyszłość, w której cywilizacja dawno zapadła się, a na jej zgliszczach powstał nowy porządek. Druga powieść, która położyła fundamenty pod dzisiejszą twórczość steampunkową, to zapis konfliktu z pozaziemskim najeźdźcą, toczonego w wiktoriańskiej Anglii.

Tak było w przypadku powieści „Nad rzekami Babilonu” Stephena Vincenta Benéta, opublikowanej tuż przed wybuchem II wojny światowej. Poznajemy w niej młodego mężczyznę, błąkającego się po ruinach anonimowego, amerykańskiego miasta, w którym rozpoznać można zgliszcza Nowego Jorku. Ze snutej przez autora narracji układamy historię świata, który wiele lat temu spotkała częściowo już mityczna katastrofa, znana jako „Wielki pożar”.

Te wszystkie pozycje były jednak tylko wstępem do prawdziwych koszmarów, które przyniosła zimna wojna i groźba nuklearnej zagłady. Dopiero wtedy fantastyka apokaliptyczna rozwinęła skrzydła i… zatoczyła koło, czerpiąc wzorce z starszych o kilkadziesiąt lat pierwowzorów.

/Fot. Ilustracja z „Jeff Wayne’s Musical Version of The War of the Worlds”/

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat