The Island at the Top of the World

Lata 70. to w dużej mierze okres odradzania się kina przygodowego. Obok niezapomnianych „Gwiezdnych wojen” czy przygód Sindbada powstało wiele produkcji, o których dziś już nie pamiętamy. Jednym z nich jest przeuroczy, steampunkowy niewypał ze studia Disneya, czyli „The Island at the Top of the World”.

island on the top of the world

Film jest ekranizacją jeszcze bardziej zapomnianej powieści Iana Camerona, której fabułę scenarzysta John Whedon (prywatnie dziadek Jossa Whedona) uzdatnił na potrzeby środowiska steampunkowego: przenosząc akcję z nudnych lat 60. do roku 1907, oraz dopisując wątek sterowca „Hyperion”.

Akcja zaczyna się w Wielkiej Brytanii. Wąskie uliczki i charakterystyczne stroje nie pozostawiają wątpliwości w jakich czasach mają miejsce wydarzenia. Sir Anthony Ross od dwóch lat poszukuje swojego syna, który zaginął podczas ekspedycji w Arktyce. Zdesperowany organizuje wraz zaprzyjaźnionym naukowcem misję wgłąb północnych lodów. Trafić tam planuje na pokładzie nowoczesnego sterowca (i to nie zeppelina, ale oryginalny, fantastyczny projekt!), stworzonego z jego hojnych dotacji przez francuskiego kapitana Brieux.

island on the top of the world  island on the top of the world

Jak łatwo przewidzieć misja nie będzie należeć do łatwych. Kiedy w wiosce Eskimosów Sir Ross dowiaduje się, że jego syn został porwany przez śnieżne monstrum, wbrew rozsądkowi i zaleceniom załogi rusza dalej, by, po przeżyciu cudem burzy śnieżnej odkryć tajemnicę zaginionego świata ukrytego pośród lodów. Nie! Bohaterowie nie znajdują dinozaurów, chociaż podpowiadają to wszystkie przygodowe klisze i potrzeby każdego szanującego się zjadacza popcornu. Zamiast na gadzie ślepia i rzędy ostrych zębów ekspedycja wpada na… wioskę Wikingów, których przodkowie zasiedlili tę krainę przed tysiącem lat i od tamtej pory żyją w przeświadczeniu, że resztę świata pochłonął Ragnarok. Dobra, przyznaję, to naprawdę świetny i ciekawy pomysł. Mimo wszystko mogliby być to Wikingowie jeżdżący na dinozaurach…

island on the top of the world  island on the top of the world

Za kamerą „The Island at the Top of the World” stanął Robert Stevenson, reżyser odpowiedzialny za „Kopalnie króla Salomona” z 1937 roku. To chyba jedyna w swoim rodzaju sytuacja, w której autor filmów inspirujących dzisiejsze pokolenie dieselpunkowców nakręcił po latach film uznawany za steampunk. Rękę weterana czuć zresztą w walorach produkcyjnych. Poza tym, że film jest kolorowy i korzysta z nowoczesnych jak na rok produkcji technik, to wyraźnie odciśnięte na nim jest piętno starego kina przygodowego, które przejawia się m. in. radosnym stosowaniem malowanego na płótnie tła, czy odrobinę topornej scenografii w wulkanicznych podziemiach i starożytnej świątyni. Widowni to się nie spodobało. Ja jestem zachwycony.

island on the top of the world  island on the top of the world

Przyznaję, że podczas tych kilku scen lotu na pokładzie Hyperiona gęba nie przestawała mi się cieszyć. Co prawda estetyka belle epoque i niebyła technologia szybko ustąpiły miejsca lodowym plenerom i nordyckim strojom, ale cała konstrukcja „The Island at the Top of the World” jest przesiąknięta klimatem Verne’a. To wspaniały festiwal niedorzeczności, który steampunkowcy powinni docenić najbardziej.

island on the top of the world

Ocena:

ocena-7-kolo-zebate

island on the top of the world

island07The Island at the Top of the World (1974)

Reż. Robert Stevenson

Elementy steampunku: Wielka podróż w nieznane, w duchu Juliusza Verne’a, zaginiona cywilizacja w Arktyce, wspaniały sterowiec Hyperion

W skrócie: Podróż w zaginionym świecie z dziadkiem Jossa Whedona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat