Szklane księgi porywaczy snów: Najgorsza książka jaką czytałem

„Szklane księgi porywaczy snów” Gordona Dahlquista to jakieś wielopiętrowe kuriozum. Ta stosunkowo często polecana na polskich forach powieść, życie zaczęła od wielomilionowej zaliczki, którą z niejasnych przyczyn wydawnictwo zapłaciło autorowi. Z tych pieniędzy nic się nie zwróciło, ale zachęcone takim budżetem zagraniczne wydawnictwa rzuciły się na licencje i tak tłumaczenie ukazało się nad Wisłą, a egzemplarz w końcu trafił w moje ręce. Słowo daję: nigdy wcześniej tak się nie wymęczyłem nad lekturą.

szklane ksiegi porywaczy snow

Zacznijmy od początku. Historia wydania „Szklanych ksiąg…” zaczyna się od 2 milionów amerykańskich dolarów. Właśnie tyle wydawnictwo Bantam Books zapłaciło Dahlquist w charakterze zaliczki. Czyżby dla powieści quasi-historycznej autor był żyłą złota na miarę Stephena Kinga czy J.K. Rowling a ja, ignorant, do tej pory nie poznałem jego nazwiska?

Okazuje się, że nie. Zanim zdążyłem poczuć ukucie wstydu sprawdziłem dorobek tego pana i okazało się, że to średnio poczytny autor powieści i sztuk, z których żadna nie dorobiła się jeszcze solidnego hasła na Wikipedii. Czyżby więc w pisząc „Szklane księgi…” Dahlquist poczuł jakiś na poły metafizyczny przebłysk geniuszu i natchniony boską esencją spisał przełomowe dzieło, które na zawsze miało zmienić oblicze literatury?

szklane

Kwota 851 500 dolarów straty, którą zanotował Bantam sugeruje jednak, że nie. O co w tym wszystkim chodzi? Nie mam pojęcia. Ile jest warta ta książka? Nie wiele. Nie czytajcie jej. Czemu jest tak okropna? Już wyjaśniam.

Historia rozpoczyna się w momencie gdy Celeste Temple – dziewczyna z wyższych sfer, obcesowo porzucona przez narzeczonego, trafia przypadkiem na tajemniczy bal maskowy. Wkrótce jej tropem zaczynają podążać podejrzane typy. W następnych rozdziałach kolejno poznajemy pozostałych głównych bohaterów: zawodowego morderce „Kardynała” Changa i doktora Svensona, osobistego lekarza chorowitego księcia.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sama historia nie jest zła. To całkiem pomysłowe połączenie kryminału z gaslamp fantasy z zdrowo dozowanym horrorem i erotyką. Miejscami pomysły Dahlquista przywodzą na myśl „Wampira” Władysława Reymonta, kiedy indziej fabułą wpada w rytm Conan-Doyle’a, a czasami fabule zdarza przeistoczyć się w pikantny romans. Historię osadzono wzdłuż linii kolejowej w nienazwanym, XIX-wiecznym mieście, którego umiejscowienie i topografię musimy sobie wyobrażać wraz z lekturą.

Zarys fabuły brzmi obiecująco, pierwsze rozdziały także przykuwają do książki. W czym problem? Pisarzowi nie udało się spleść tych wszystkich bohaterów i pomysłów w spójną i wartką akcję. Każdy z przydługich rozdziałów skupia się na jednej z postaci. Kiedy zaczynamy się zżywać z bohaterem i z uwagą śledzić jego losy, Dahlquist brutalnie urywa intrygę i rozpoczyna zupełnie inną opowieść. W efekcie, do momentu kiedy wątki zaczynają się już łączyć czytelnik jest tak sfrustrowany, że raczej marzy o odłożeniu tej cegły na półkę niż o dalszym przerzucaniu stron.

Refleksja na koniec? Szkoda mi tych wszystkich milionów, które zapłacił wydawca. Szkoda mi drzew, które ścięto na papier potrzebny do druku pokaźnego nakładu. Szkoda mi także autora, który prawdopodobnie był przekonany, że tworzy wiekopomne dzieło. I na koniec szkoda mi czasu, który poświęciłem na męczenie się z tym dziełem i 5 dych, które kosztowało.

szklane ksiegi

Ocena:

ocena-3-kolo-zebate

Glass Books of The Dream Eaters (2006)
Gordon Dahlquist

Elementy gaslamp fantasy: alternatywny XIX wiek, pełen intryg i alchemicznych eksperymentów

W skrócie: Droga i nieudana wycieczka w mroczne zakamarki (nie do końca) wiktoriańskiego miasta.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat