Światy solarne: Wywiad z Janem Maszczyszynem

Pewnego dnia usiadłem i zacząłem pisać opowiadanie. Wstałem od pracy olśniony. Nagle otworzył się przed oczyma mojej wyobraźni ogromny wszechświat alternatywnej rzeczywistości – mówi w rozmowie z Kuryerem Jan Maszczyszyn, autor „Światów solarnych”.

Dobry wieczór Panie Janie, czy może powinienem powiedzieć dzień dobry. Podczas gdy my siedzimy w świetle lamp gazowych, w Melbourne jest dopiero piąta rano. Chwała nauce za telegraf. Może zacznijmy od tego. Co takiego ujrzał pan w Australii, że postanowił Pan opisać czytelnikom bezkres kosmosu?

maszczyszynDzień dobry. Szykuję właśnie kolaskę parową do jazdy porannej. Widzę też sterowiec straży przybrzeżnej wiszący ponad miastem… Australia jest wyspą innej rzeczywistości. Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Ale jeśli bierze się pod wzgląd marzenia życia, to tutaj nastąpiło moje duchowe spełnienie. Niebo południowej półkuli jest równie fascynujące, jak mogłoby być niebo obcej planety. Szczególnie dla kogoś, kto jak ja, był zafascynowany astronomią od czasów wczesnego dzieciństwa. Z zachwytem więc obserwuję niebo, poszukując rodzimych konstelacji, takich jak na przykład Orion, który na południowej półkuli jest prominentny właśnie latem. A pamiętam go z obserwacji robionych na trzaskającym mrozie. Tak więc atmosfera tego lądu, jego mistyka, przyroda z jakimś zaklętym w krajobraz odwiecznym zewem tajemniczości robią swoje.

W Pana powieści Ziemia staje się „trzecim światem” na skalę Układu Słonecznego. Pana kosmos wydaje się być znacznie bogatszy i urozmaicony niż ten o którym pisali Verne i Wells. Proszę przybliżyć świat, w którym rozgrywa się akcja „Światów Solarnych”.

Akcja powieści rozgrywa się w świecie alternatywnym umieszczonym wewnątrz jądra Galaktyki. Pierwsza jest Wenus, drugi niemal skolonizowany Mars i trzecia dzika Ziemia. Ponadto planety okrążają potężne globy księżycowe utrzymywane w równowadze dzięki Houlotańkim studniom grawitacyjnym. Układ Solarny znajduje się w obrębie tak zwanej Enklawy. Strefę Enklawy założyła starożytna rasa Hadów z myślą o ułatwieniu rozwoju cywilizacyjnego istotom inteligentym Drogi Mlecznej. Każda z tych ras ma swoją reprezentację na terenie Enklawy. Są więc i ludzie przeniesieni tu z bagażem doświadczeń dziewiętnastowiecznej cywilizacji. O dziwo ich poziom technologiczny jest na tyle wystarczający, aby w panującej atmosferze eterowego fizykalnego nonsensu pozwolić sobie na kolonizację międzyplanetarną. Głównym mieszkańcem pretendującym do roli gospodarzy Enklawy jest jednak rasa Alonbee, która otwarcie zajmuje się niecnym procederem handlu protetycznego. Jak wiemy nazwa „proteza” w naszym świecie ma znaczenie pejoratywne – oznacza stan kalectwa, uzupełnienie ubytku zazwyczaj w związku z utratą kończyn.

W jej kosmicznym odzwierciedleniu definicja jest inna. Spełnia marzenia gatunków o mobilności, o naprawie tego, czego nie dała im ewolucja biologiczna, a nierzadko obejmuje konstrukcje starożytne o tajemniczym pochodzeniu i nieznanym potencjale. Tak więc w ogromnym przybliżeniu prezentuje się tło ogólne… Przygodowa akcja rozwija się na kanwie klasycznej miłości. Z tym, że znowu mamy tutaj do czynienia z magią o niesamowitej steampunkowej mocy. Hrabianka Cydonia zostaje porwana i przy pomocy zestawu protetycznego Shetti przebudowana w Byt Ekosferyczny pełen wewnętrznych zębatek i przekładni i wynikłej z tego kosmicznej mocy nadprzyrodzonej. Rozkochuje w sobie Sir Ashleya Brownhole – potentata prasowego z Wenus, dżentelmena pyłkowego- i ten wraz z gromadą najbliższych mu przyjaciół -pośród nich znajdziemy międzyinnymi na poły maga i mistrza teleportacji Aborygena z plemienia Kaanja, Yarragee – rusza jej na odsiecz w pełnej przygód i gwałtownych zwrotów akcji steampunkowej fantasy/ space operze. Na koniec okazuje się, że tajemnica zakreśla jeszcze szersze koło. Pojawiają się ludzie ze starej Ziemi. Pozostałe wątki zostaną jednak zamknięte dopiero w drugim tomie „Światy Alonbee”, którego zakończenie planuję na jesień.

maszczyszyn4 Nie obrazi się Pan chyba za stwierdzenie, że pełnymi garściami czerpie pan z twórczości Wellsa. „Wojna światów” była ważnym źródłem inspiracji? Czy jest to swoista próba dyskusji z XIX-wiecznym autorem?

Właściwie – pewnego dnia usiadłem i zacząłem pisać opowiadanie. Był to fragment opisujący scenę w ogrodzie. Po raz pierwszy pojawił się Kloc, którego autentyczna alonbijska nazwa brzmi Shetti i jakoś samoistnie i niespodziewanie zjawiła się ta niezbędna wiktoriańska atmosfera antykwarycznej niezwykłości. Wstałem od pracy olśniony.

Nagle otworzył się przed oczyma mojej wyobraźni ogromny wszechświat alternatywnej rzeczywistości. Doznałem dobrego przeczucia względem tego niepozornego początku. Byłem prawie pewny, że ten maleńki skrawek porwie mnie za chwilę w objętość pełnometrażowej opowieści. I nie był to w zamiarze steampunk, ale nieśmiała próba jakby kontynuacji – z pytaniem naczelnym ” Co, gdyby Juliusz Verne nagle stanął pośród nas współczesnych?” I w konkluzji – nie, ten nurt jeszcze nie umarł- jeszcze jest w nim multum nieskażonych pomysłów i światów na wyciągnięcie ręki. Czy zna pan może atmosferę towarzyszącą paryskiej wystawie z roku 1900? Ten entuzjazm, rozmach i dumę z bycia człowiekiem ? Rozpalała wówczas umysły do białości.

Dopiero horror pierwszej wojny światowej ściągnął nas z powrotem na ziemię i zdeptał górnolotne marzenia o wspaniałości rasy ludzkiej. Pamiętam, że udzielił mi się wówczas podobny nastrój przełomu wieków. Powstały Światy Solarne – jaskrawo podszyte odwołaniami do geniuszy dziewiętnastowiecznej literatury fantastyczno przygodowej. Widziałbym raczej Burroughsa, Vernea, Conan Doylea i dopiero na końcu Wellsa.

Jeśli przygodowy Verne to z podszewką Saganizmu, jeśli Wells to taki raczej Orwellowski. Nie żebym cokolwiek usiłował skopiować. Mistrzowie żyją własnym życiem. Mnie wciąż inspirują utworzone w zakładkach personalnej wyobraźni – obrazy na zawsze zawłaszczone – które stały się wprost niezbędnikiem życiowej pasji. Jak scena w piwnicy podczas najazdu Marsjan z „Wojny Światów”, czy podwodny spacer u Vernea w „20000 mil podmorskiej żeglugi”. Pamiętam samego siebie zaczytanego w oryginałach i zaaferowanego do granic niemal szaleńczego zachwytu. Powrót do korzeni stał się nie tylko sentymentalnym wezwaniem, ale i z pewnych względów w moim wieku pożądanym i koniecznym antidotum na smutki przemijania.

maszczyszyn2Na kartach powieści roztacza Pan wizję alternatywnej fizyki i biologii. Jak to wygląda w praktyce? Czy wyciąga Pan wnioski z ówczesnego stanu wiedzy, tak jak np. zrobił to Ted Chiang w „Siedemdziesięciu dwóch literach”?

Napewno w pewnym sensie tak. Ówczesne pojęcie rzeczywistości jest bardzo pomocne w przeforsowywaniu współcześnie zakrapianych wizji, a głównie opierałem się nie na byle kim, bo na Carlu Saganie i jego widzeniu kosmicznej rzeczywistości. Mam tu na myśli sprzeciw wobec wszechogarniającej uniformizacji myślenia – w sumie bardzo egocentrycznego. W naszym ludzkim limitowanym percepcją badaniu naukowym wszechświata częstokroć ogłaszamy triumf.

Wizja jest najczęściej limitowana do skromnego dowodu. Trzon pozostaje niezmienny i zunifikowany, a nawet skamieniały w fizycznym aspekcie po najdalsze krańce. W nauce nie pryzmuje się spekulacji, a zbyt wybujała wyobraźnia jest wręcz niepożądana. Światy Solarne zostały napisane z myślą o ich kontynuacji, stąd pewne wątki są zaledwie nakreślone- jak na przykład galaktyczny biologiczny przemysł protetyczny. Również funkcjonująca fizykalna enklawa, w której gatunek super humanoidów stworzył dla życia inteligentnego raj rozwojowy. Ufam, że gatunek rozumny jeśli nie tu na Ziemi, to gdzieś w kosmosie będzie kiedyś zdolny nie tylko do rozszerzenia w nieskończoność swojej niszy ekologicznej, ale i konstrukcji tymczasowych nisz odmiennej fizykalnej rzeczywistości. Żeby obraz był kompletny musi powstać drugi tom. Są już obiecujące początki – pierwsze 250 stron.

11911774_1120244894669858_63793358_n

Odbiegamy powoli od tematu, a chciałbym posłuchać jeszcze o Pana inspiracjach. Czy zna odrobinę już zapomniany, ale wielce zasłużony dla steampunku system RPG „Space 1889”?

swiaty-solarneNiestety nie znam, ale słyszałem. Do steampunku dopiero przychodzę. Miał być epizodem, zagospodarowaniem pomysłu rodzącego się na bazie literatury popularnonaukowej. Stał się być może etapem przełomowym mego życia. Porwał mnie i urzekł. I niema w tej fascynacji pustej komercji, bo jak wiem gatunek nie sprzedaje się najlepiej. Jeśli więc nauka, to również jej baza historyczna i tak wpadamy siłą rzeczy w nurt wiktoriańskiej przygody, z której już tylko śmierć da radę mnie wyłowić. Inspiracją są wspaniałe grafiki napotkane na stronach internetu i na pewno dawni mistrzowie fantastyki, do których wracam z wielką ochotą. Sięgnę też dalej.

Zadam Panu pytanie, które może powinienem skierować do, skądinąd bardzo mi bliskiego, wydawnictwa Solaris. Z niektórych materiałów towarzyszących powieści możemy dowiedzieć się, że jest to pierwsza polska powieść steampunkowa. Z całym szacunkiem, ale Krzysztof Piskorski, autor „Zadry” mógłby poczuć się zlekceważony, nie wspominając już o „Alkaloidzie”, którego autor nigdy nie przedstawił się z nazwiska.

W moim przypadku muszę zadać kłam opinii , że mądry autor wie, co robi. Otóż nie planowałem powieści steampunkowej. Ale nie jest to też czysta incydentalność. Od dłuższego czasu coś już w mojej duszy na tę nutę grało. W Światach Solarnych jest wszystko to, co mnie porywa i bawi. I Weird Fiction, którą uwielbiam. I groza i space opera i steampunk, którego jestem już odtąd wiernym adoratorem. Stąd próżne oskarżenia o pierszeństwo. Nawet przez myśl mi nie przeszła palma odkrywcy gatunku. Czy Wells – dzisiaj czytany -jest steampunkiem? Czy może Wells dzisiaj pisany jest nim w szczególności? Bo jeśli tak, to prekursorami podobnej literatury na rynku polskim będą Jerzy Żuławski i jemu współcześni. Jestem osobą skromną i nigdy nie odważyłbym się na podobną – niesłuszną mniemam samoocenę.

Jeśli natomiast chodzi o pana Wydawcę, to ma on pełne prawo do posiadania własnej, niezależnej opinii i reprezentuje w niej odpowiedzialnie siebie i własne wydawnictwo. I chwała mu za to. Notabene wyjątkowy i zasłużony to człowiek dla polskiego Fandomu i nie tylko.

Odbyła się onegdaj dyskusja dwóch panów pod zdjęciem przedstawiającym okładkę mojej świeżo upieczonej książki na Facebooku. „Bezczelna ta reklama i wprowadzająca w błąd – nadszedł komentarz pana L.

– Nie jest to „pierwsza polska powieść steampunkowa” – skonstatował.

Odpowiedż wydawnictwa była prawie natychmiastowa, cytuję: „Trochę przedwczesny ten tekst „Pierwsza powieść steampunkowa”, ale i Gildia wyszła trochę przed szereg, bo zamieściła projekt okładki, przed oficjalną zapowiedzią wydawnictwa. Powieści steampunkowe już w Polsce mieliśmy – Piskorski, Strzeszewski, Sawicki i inni, było kilka antologii. Niewątpliwie jednak takiego steampunku jak powieść Maszczyszyna w kraju jeszcze nie było. Już wkrótce podamy więcej szczegółów„.

Dlaczego? Mogę tylko przypuszczać. Może powieść niecałkowicie mieści się w zwyczajowo przyjętych szablonach gatunku? Może zaskakuje podejściem do formy? Nie wiem. Za daleko mieszkam i całej tej dyskusji dotąd przylądałem się z przymrużeniem oka. Ot- jedna skromna cegiełka mego autorstwa więcej – z nadzieją włożona w urządzony z przepychem gigantyczny pałac steampunku.

Steampunk to temat rzeka, ale myślę, że powinniśmy chociaż pobieżnie przyjrzeć się temu zagadnieniu. Blaylock, Jeter, Powers i wielu innych autorów. Podobnie jak Pan przenieśli koncepcje sprzed stulecia do współczesnej literatury. Czy są jakieś tytuły, które szczególnie zapadły Panu w pamięć?

Chciałbym być uczciwy, więc zamiast się zgrywać powiem prawdę. To moje pierwsze, niespodziewane spotkanie ze steampunkiem, jako takim. Nie znam w większości fundamentalnych dla gatunku powieści. Jestem tu świeży i oparty wyłącznie na pracach źródłowych i fundamentalnych dla fantastyki. Ale to wkrótce się zmieni. Dopiero się rozkręcam. Planuję „Światy Alonbee”, później jeśli znajdę zainteresowanego wydawcę być może jeszcze ich kontynuację „Hrabiankę Asperię”. I będzie dalej, bo już nie odpuszczę.

 Steampunk to tak naprawdę dwa różne zjawiska. Rozmawiamy o literaturze, ale najprężniej rozwija się trend estetyczny, którego twórcy, chociaż obdarzenie niesamowitą wyobraźnią, często nie sięgają po takie książki. Mike Perschon, autor „Steampunk Scholar” pisał wprost, że steampunk na ulicy i steampunk na kartach powieści to dwie różne sprawy. Jak to wygląda według Pana?

Przychodzę do steampunku od strony szeroko rozumianej i klasycznej Science Fiction. Widzę w nim świeżość i entuzjazm i wigor. Te dwie zdawałoby się odrębne formy wkrótce zjednoczy udany film – w rodzaju steampunkowych gwiezdnych wojen lub dzieło literackie o nośności ” Gry o tron”. Wierzę, że prąd estetyczny znajdzie swe uzasadnienie na bazie medialnej. Wtedy zafascynuje wszystkich.

W momencie apogeum popularności steampunka rynek zalała ogromna ilość miernej jakości czytadeł dla młodzieży, tworzonych według prostego schematu „damy gogle i sterowce, resztę uzupełnimy sztampą”. Ten okres, mam nadzieję, mamy już za sobą, zresztą chyba nie był zbyt owocny dla tych wydawniczych szubrawców. Co Pan o tym myśli i jak widzi Pan przyszłość steampunka, zarówno jako formy literackiej, jak i swoistej subkultury?

Steampunk jest odzwierciedleniem wiary w ludzkość. Jest optymistycznym odejściem od wszechogarniających nas pesymizmów cywilizacyjnego dna ukazanych z taką gwałtownością w literaturze; wojen religijnych, terroryzmu, zombie i postapo.

A jak steampunk wygląda w Australii? Są pisarze, fani alternatywnej mody i społeczność fanów?

Są jak wszędzie, ale w literaturze jak zauważyłem zapanowała sztampa i ogólne zniechęcenie. Fani są obecni na dorocznych zjazdach fantastyki w Melbourne. Obserwuję wydarzenia bieżące na Steampunk Australia Facebook.

Brał Pan udział w tym samym konkursie literackim „Fantastyki” co Sapkowski i Huberath. Ma Pan na koncie wiele publikacji. Po które z nich powinniśmy sięgnąć po przeczytaniu „Światów solarnych?

Kiedy dotarłem na emigrację odnalazłem tu tysiące książek za bezcen. Mogłem czytać wszystko. Załamało mnie to kompletnie. Uznałem, że pisanie fantastyki nie ma sensu, że prędzej czy później dokonam nieświadomego plagiatu lub popadnę w sztampę. I tak na 25 lat odłożyłem literackie próby. Czytałem wyłącznie publikacje popularno-naukowe. Poświęciłem się bez reszty kosmologii i paleontologii. Około cztery lata temu odkryłem strony Nowej Fantastyki. Dotarło do mnie, że można pisać inaczej. Pisać z silnym akcentem na ” personal touch”, pisać prywatnie. Obracamy się wokół własnego subiektywnego stosunku do rzeczywistości. Nasza interpretacja jest więc wyjątkowa, niepowtarzalna i nie do skopiowania. Należy tylko dać jej odważny wyraz. Mam nadzieję, że właśnie pisane cztery powieści ujrzą wkrótce światło dzienne, podobnie jak blisko sześciuset stronicowa antologia. Wtedy zaproszę wszystkich do czytania. Na razie proszę zajrzeć na bloga jahusz.com gdzie za darmo można przejrzeć kolekcję najciekawszych tekstów.

Chciałby Pan dodać coś od siebie?

Muszę przyznać, że jako autor miałem ogromne szczęście odnalezienia pośród grona własnych przyjaciół prawdziwie oddanego mi fana ostatniej powieści. Nie dość tego, że z prozą sympatyzuje, to jeszcze dysponuje ogromnym talentem twórczym. Mam tu na myśli mojego bliskiego przyjaciela Pawła Leśniewskiego z Poznania, z którym niegdyś przemierzyłem bezdroża australijskiego kontynentu. Dzięki niemu strona profilu książki na Facebooku jest tym, czym jest. A jest wizualnym majstersztykiem i medialną zabawą na całego.

Chciałbym również bardzo podziękować redakcji Ilustrowanego Kuryera Parowego za zainteresowanie książką i skromną osobą jej autora. Byłem doprawdy zaszczycony.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w rozwoju tego cyklu.

Więcej informacji o autorze „Światów solarnych” znajdziecie na jego osobistej stronie WWW.


Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat