Recenzja: Sky Kapitan i świat jutra

Na długo po tym jak świat zapomniał o Rocketeerze i na długo przed tym, jak retrofantastyka odżyła na ekranie dzięki Kapitanowi Ameryce, bez większego echa  przeszedł przez kina film, który był wzorcowym przykładem tego, jak powinien wyglądać dieselpunk. I tylko tego, bo opowiadania ciekawych historii na przykładzie „Sky Kapitana” nikt się nie nauczy.

Kerry Conran musi być w porządku gościem. Takim, z którym mógłbym napić się piwa i na pewno, pomimo dwudziestoletniej różnicy wieku, miałbym o czym z nim pogadać. Facet spędził dzieciństwo oglądając na kablówce „King Konga” i „Flasha Gordona”, a w nagrodę za dobre oceny pewnie dostawał od rodziców komiksy. Musiało to zostawić ślad na późniejszym guście filmowym. Jego zdanie na temat filmów z tamtych czasów jest zresztą doskonałym podsumowaniem tego co siedzi w mojej (i zapewne w Twojej także) głowie.

sky2  sky4

„To czego brakuje w dzisiejszym kinie przygodowym to brak granic wyznaczonych przez praktyczność. Wtedy jedyne limity tego co można pokazać na ekranie ustanawiała wyobraźnia twórcy” – stwierdził. I takiego właśnie kina mu brakowało – pełnego napięcia, zaskakującego formą i nade wszystko eskapistycznego.

Zmiana warty, która nastąpiła w Hollywood w latach 70. zaowocowała co prawda „Gwiezdnymi wojnami” George’a Lucasa, który nie ukrywał inspirowania się przygodami Flasha Gordona, oraz „Poszukiwaczami zaginionej arki” Stevena Spielberga, który pełnymi garściami czerpał z przygód pulpowych bohaterów (oraz, jak się później okazało, z wyrastających z tym samych korzeni komiksów o Sknerusie McKwaczu autorstwa Dona Rosy). To jednak nie zaspokoiło popkulturowego głodu Conrana, który już wtedy zaczął kombinować jakby tu samemu zaistnieć w kinematograficznym uniwersum i pokazać wszystkim jak się kręci kino przygodowe. Łatwo się domyślić, że była to droga przez mękę.

sky3 sky1

W 1994 roku, uzbrojony w domowego Maca i przygotowany samodzielnie blue-box, dysponując budżetem złożonym z wierszówki za artykuły w lokalnej prasie, rozpoczął pracę nad podzielonym na epizody filmem, w stylu starych kinowych seriali. Obraz miał nosić tytuł „Sky Captain and the Flying Legion In: The World of Tomorrow”, pracą kamery przypominać „Trzeciego człowieka” – klasykę kina noir – oraz przedstawiać gigantyczne roboty, żywcem wyjęte ze starych kreskówek o Supermanie. Walczyć z nimi miała elitarna eskadra pilotów, przywodząca na myśl drużynę Blackhawks z komiksów DC. Conran szybko zdał sobie sprawę, że stworzenie siedmiu odcinków zajęłoby mu w domowych warunkach kilka dziesięcioleci. Ostatecznie powstała więc tylko sześciominutowa, czarno-biała etiuda „Chapter One: The Mechanical Monsters”, która zawierała w sobie esencję tego, co chciał pokazać aspirujący filmowiec. Dokończenie filmu zajęło cztery lata i pochłonęło praktycznie cały wolny czas Conrana. Jak zdradził w wywiadzie nie miał wtedy dosłownie żadnego życia i o świecie poza domowym studiem przypominał sobie tylko kiedy w embrionalnej pozycji kładł się po biurkiem i rozważał porzucenie projektu.

Gotowy materiał zobaczyła Marsha Oglesby, producentka filmowa oraz przyjaciółka szwagierki Conrana. Nakręcony w mieszkaniu film zrobił na niej ogromne wrażenie i poleciła projekt Jonowi Avnetowi. Dzięki niemu „Sky Kapitan” w końcu trafił pod skrzydła Paramount Pictures, ale ze względu na nieszablonową wizję Conrana produkcja odbywała się niezależnie, w dużej mierze ze środków Avneta. Dużo czasu zajęło ustalenie formy filmu, który, podobnie jak etiuda, miał powstać głównie na tle niebieskiego ekranu. Sam twórca upierał się przy zachowaniu podziału na krótkie odcinki, oraz czarno-białych zdjęciach. Avnet chciał kolorowego filmu w całości. Ostatecznie postawiono na film pełnometrażowy w stonowanych barwach. Pieniędzy Conran, jak na debiutanta, otrzymał całkiem sporo – 70 milionów dolarów. Wkrótce ekipę zasiliły znane nazwiska – Gwyneth Paltrow, Jude Law i Angelina Jolie. Marzenie Kerry’ego Conran nabrało realnych kształtów i wkrótce do kin trafiło dzieło jego życia. Po raz kolejny okazało się, że po spełnieniu marzeń człowieka nie czeka już wiele dobrego.

Chociaż recenzenci docenili tytaniczny wysiłek autora, to pomimo znanych nazwisk i przełomowej formuły, „Sky Kapitana” nikomu nie chciało się oglądać.  Wpływy z amerykańskich kin ledwo przekroczyły połowę budżetu. Dziś o filmie, który przetarł szlaki dla takich hitów jak „300” czy „Avatar”, pamiętają tylko najbardziej zagorzali miłośnicy pulp fiction, a debiut Conrana okazał się zarazem jego ostatnim filmem. Niestety nie powinno to dziwić nikogo, kto obejrzał film.

sky5

Od strony wizualnej film nie ma sobie równych. Chociaż efekty specjalne wyraźnie się zestarzały, to oko nadal cieszą wspaniałe kadry, pomysłowe projekty dieselpunkowych maszyn, czy przepiękne panoramy przedwojennych zabudowań Nowego Jorku, wyjęte żywcem ze szkiców Hugh Ferrissa. W czym więc leżał problem? Chociaż Conran mierzył w poziom „Indiany Jonesa”, to nie udało mu się dosięgnąć nawet sommersowskiej „Mumii”.

Oglądaliśmy dziesiątki filmów przygodowych, których niemądre scenariusze angażowały nas bardziej niż społeczne dramaty, a to ze względu na charyzmatyczne postaci. To dzięki niewyparzonej gębie pewnego archeologa byliśmy w stanie uwierzyć, że Naziści chcą ukraść Arkę Przymierza i Świętego Gralla. To dzięki sympatii do rodziny O’Connellów, potyczki z mumią egipskiego kapłana przyśpieszały nam bicie serca. Takich emocji „Sky Kapitan” nie daje. Doskonali w innych filmach Gwyneth Paltrow i Jude Law, znajdując się między reżyserskim stołkiem Conrana i niebieskim ekranem stali się przerażająco drewniani. Nie mam pojęcia czy to wina tego pierwszego, drugiego czy obu, ale zawodzi także reszta scenariusza – pozbawiona lekkości i humoru, których oczekujemy od dobrego kina nowej przygody.

Pomimo wieloletniej pracy i włożenia w produkcję „Sky Kapitana” całego swojego serca, Conranowi nie udało się sprawić, aby jego film miał duszę. W efekcie otrzymaliśmy feerię fantastycznych, wysmakowanych obrazków i nic poza tym: ładną wydmuszkę. Szkoda. Moim zdaniem, ten pomysł zasłużył na znacznie lepszy film… i może na lepszego reżysera, który rozwinąłby świetne pomysły Conrana.

Ocena:
6 kół zębatych

sky-kapitan-plakat-malySky Captain and the World of Tomorrow (2004)
Reż. Kerry Conran

Elementy dieselpunka:  Pulpowy bohater; lata 30-te; sterowce i samoloty; retro-roboty; Empire State Building, wścibska bohaterka.

W skrócie:  Przepiękna dieselpunkowa wydmuszka – genialne obrazki, bez ciekawych bohaterów. Słowem: zmarnowany potencjał.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat