Recenzja: Liga niezwykłych dżentelmenów

Kinowa wersja „Ligi niezwykłych dżentelmenów” to film-paradoks. Chociaż w społeczności steampunkowców nikt o chociaż odrobinie filmowego obycia nie jest w stanie go pochwalić, to i tak każdy go ogląda po kilka razy. To niestety efekt deficytu na efektowną retrofantastykę.

Filmowcy, jeżeli już sięgają po steampunka, to wybierają z niego zaledwie pojedyncze elementy, a obrazy świadomie, celowo i w pełni osadzone w klimacie parowej fantastyki można policzyć na palcach obu rąk. Dlatego do wyboru mamy oglądać to co dają, albo nie oglądać nic. W drugim przypadku możemy przynajmniej liczyć na kilka ładnych obrazków.

Kto miał do czynienia z pierwowzorem, ten zapewne pamięta, że graficzna powieść Alana Moore’a stanowi błyskotliwą, postmodernistyczną zabawę, czerpiącą pełnymi garściami z klasyki XIX-wiecznej fantastyki i powieści przygodowej. I, co ważne, robi to w sposób przemyślany. Ekranizacja Stephena Norringtona, stając przed podobnym zadaniem, wszystko wykonuje na opak. Niby mamy końcówkę XIX wieku, widzianą tak, jak mogliby ją przedstawić wspólnie Verne i Conan-Doyle, jednak szybko akcja zdradza bezrefleksyjne podejście scenarzystów.

Pod koniec XIX wieku tajemniczy szaleniec, mający ambicje przejęcia władzy nad światem, terroryzuje Europę. Zdezorientowane mocarstwa oskarżają się nawzajem o prowokacje, a globalny konflikt wisi na włosku. Przeciwko zbrodniczym zakusom rząd Wielkiej Brytanii wystawia siódemkę tytułowych Nadzwyczajnych. Z afrykańskiej dziczy powraca Allan Quatermain, a wkrótce dołączają do niego niewidzialny człowiek, znana z „Draculi” Mina Harker, dr Jekyll (oraz jego agresywne alter-ego) a także sam kapitan Nemo. Dalsze streszczanie historii nie ma sensu, bo i dla filmu scenariusz pełni rolę pretekstu do przeskakiwania od sceny do sceny.

Tam, gdzie Moore wprowadzał bohaterów z klasyki literatury, był to wspaniały hołd, sprytnie zazębiony z oryginałem. Kiedy podobna rzecz ma miejsce w filmie, jest to element idiotycznej układanki losowymi klasykami, który apogeum osiąga w chwil, gdy na scenie pojawia się, dobrze znany także Polakom, Tomek Sawyer, który w filmowym świecie LXG, w którymś momencie swojego życia zapragnął zostać szpiegiem.

Zapomnijcie zatem o poszukiwaniu sprytnie przemyconych odniesień do literatury. Zapomnijcie o wielopoziomowej zabawie z widzem. Na wszelki wypadek zapomnijcie też o szacunku do siebie samych, bo tego twórcy „Ligi…” nie okazali widzom, uznając ich (nas?) za niewyrobionych analfabetów.

To co zostaje dla miłośników steampunka to ładne plenery i scenografia, monumentalny Nautilius (nomen omen, całkowicie odbiegającym od tego co widzieliśmy na kadrach komiksu) i głupia, ale znośną przygoda w stylu retro. Jak to mówią: na bezrybiu i rak ryba.

Ocena:


liga-niezwyklych-dzentlmanów-plakat-malyThe League of Extraordinary Gentlemen (2003)
Reż. Stephen Norrington

Elementy steampunka: retro-bohaterowie, retro-technologia, historia alternatywna (też retro).
Elementy dieselpunka: Przedwcześnie wydana na świat limuzyna, dziadek Indiany Jonesa.
Elementy gaslamp fantasy: wampiry.

W skrócie: Nieudana adaptacja przełomowego komiksu obraża inteligencję widza,  ale i tak jest fajna.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat