Recenzja: Airlords of Airia

Europejską kolebką steampunka były do tej pory Francja i Wielka Brytania (ta druga bardziej z nominacji, niż z zasługi). Można śmiało powiedzieć, że reszta kontynentu zaczyna budzić się z marazmu. Obecnie czekamy na polski „Bal utracony”, a już przed rokiem znać o sobie dali Niemcy, z rewelacyjną krótkometrażówką „Airlords of Airia”, w którym zresztą nie zabrakło polskiego akcentu.

Nasi zachodni sąsiedzi odwalili kawał dobrej roboty, ale jeżeli ktoś po obejrzeniu obiecujących zwiastunów spodziewał się wreszcie steampunkowej odpowiedzi na „Władcę pierścieni” to z pewnością poczuje ogromny niedosyt. „Airlords of Airia” okazał się zaledwie 15-minutową miniaturką, wymownie streszczającą co niemieccy filmowcy pokazaliby na ekranie, gdyby mieli na to pieniądze. To jednak nie powód, żeby się na nich obrażać, ponieważ krótki film to najlepszy prezent jaki fani steampunka otrzymali od czasu „Steamboya”.

„Airlords…” reprezentuje ten odłam steampunka, w którym zamiast alternatywnej przeszłości, poznajemy kompletnie odmienny świat, w którym elementy science fiction płynnie przeplatają się z fantasy. Do tego dodajmy wyraźny przerost gadżeciarstwa i ładnych obrazków nad treścią i wszystko powinno być jasne. Jak dla mnie, bomba!

I tak, przez animację stylizowaną na średniowieczne ryciny, zostajemy wprowadzeni do świata, w którym potężnych imperiów bronią floty sterowców i piloci, nie bez powodu ubrani na pruską modłę, na bezkresnych oceanach spoczywa zaginiona przed stuleciami technologia, a gdzieś między tym wszystkim znalazło się miejsce dla smoczych jeźdźców, żywo przypominających polską husarię (sic!).

Historia rozpoczyna się kiedy jeden z admirałów floty powietrznej odkrywa w trakcie ekspedycji, że starożytna i owiana legendami broń jak najbardziej istnieje i jest do zdobycia dla każdego, kto będzie miał odwagę wyciągnąć po nią dłoń. Podczas gdy stary żołnierz, aby zdobyć potęgę, gotów jest wciągnąć wszystkie mocarstwa w krwawą wojnę, zebrana przez policjantkę z republiki Airii drużyna przemytników robi co może aby powstrzymać jego niecne plany.

Fabuła została maksymalnie skondensowana, ale nawet w takiej formie zdradza klisze typowe dla kina przygodowego. To w zasadzie nie przeszkadza, ponieważ od pierwszego kadru jasne jest, że scenariusz to wyłącznie pretekst, aby ożywić na ekranie wyobraźnię twórców. Ta z kolei wydaje się być bezkresna. Już w zwiastunie zostaliśmy przytłoczeni monumentalnymi i zaskakującymi projektami retrofuturystycznych miast, czerpiących inspirację przede wszystkim z XIX-wiecznej, kontynentalnej Europy, co jest rzadkością w zdominowanym przez Victorianę steampunku.

Efekty specjalne to niemal w całości komputerowe animacje, które same w sobie są przepiękne, chociaż w niektórych miejscach doskwiera im brak detali. Mowa tu przede wszystkim o niedopasowaniu wygenerowanego obrazu do ludzi, nagrywanych na blue-boksie. To jednak również można wybaczyć, zważywszy na to, że nie jest to dzieło z dużego studia, tylko pokazowy materiał sfinansowany na Kickstarterze.

Po takim seansie pozostaje zadać pytanie, czy autorom filmu starczy jeszcze pomysłów na zauroczenie nas w podobny sposób, pełnometrażowym filmem. Ja jestem gotów im zaufać i będę niecierpliwie czekać na obiecywane od czasu do czasu, 90-minutowe rozwinięcie „Airlords of Airia”. W końcu czas najwyższy, aby obok kolekcji steampunkowych książek zrobić miejsce na zbiory filmów.

Ocena:


airlords-of-airia-steampunk-german-film-posterAirlords of Airia (2013)
Reż. Dirk Muller

Elementy steampunka: estetyka pierwszych lat XX wieku podlana fantastyką, sterowce, retro-technologia;

W skrócie: Ambitna, niezależna produkcja naszych zachodnich sąsiadów.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat