Podróż do wnętrza Ziemi – Juliusz Verne

Ile w życiu człowieka może zmienić skrawek poplamionego papieru, który wypadł ze starej księgi przekonał się bratanek profesora Lindenbrocka. Próby rozszyfrowania treści zapisanej nordyckimi runami notatki prosto z zakurzonej biblioteki zaprowadziły duet w dzikie rejony Islandii, a potem do samego wnętrza Ziemi.

Zgodnie z teorią pustej Ziemi, pod naszymi stopami kryje się nie tylko kolejny świat, ale nawet wewnętrzne słońce. Chociaż dzisiaj ta koncepcja wydaje się równie kuriozalna, co prymitywna, to uznawał ją Platon, a całkiem na poważnie rozważano ją jeszcze w XVII wieku. Wtedy pisał o niej m.in. Edmund Halley, astronom, który określił tor lotu komety, którą nazwano jego nazwiskiem. Zanim idea bezpowrotnie trafiła do pulpowych pism i komiksowej fantastyki, zdążyła jeszcze zainspirować Juliusza Verne’a, do stworzenia „Podróży do wnętrza Ziemi”.

Treść, która dziś może budzić uśmiech politowania, w 1864 roku mogła uchodzić za twardą science-fiction. Nieprzypadkowo duża część opisów Verne’a pokrywa się z pracami Charlesa Lyella. Zgodnie z tą konwencją, Verne na bohatera wybrał uczonego – profesora Otto Lidenbrocka, który skrupulatnie tłumaczył naukowe zawiłości towarzyszącemu mu bratankowi – oraz czytelnikowi, który mógł poczuć się zagubiony w podziemnym świecie zamieszkanym przez prehistoryczne bestie.

Jak czytamy na okładce sympatycznego wydania od Zielonej Sowy: „Ze starej księgi wypadł na ziemię kawałek brudnego i zaplamionego pergaminu… – to zupełnie niewinne zdarzenie zmieni życie starego profesora Lidenbrocka i jego bratanka. Próba rozszyfrowania informacji zapisanej w starym, islandzkim języku zaprowadzi naszych bohaterów w najciekawsze, a zarazem najbardziej mroczne miejsce – do wnętrza Ziemi”.

W zasadzie nie trzeba tu nic dodawać, ponieważ, poza wspomnianymi niuansami anachronicznej historii, konstrukcja powieści jest bardzo prosta i forma góruje nad treścią. Na 200 stronach tekstu,  Verne przedstawia nam zaledwie trzech bohaterów i ciężko pozbyć się wrażenia, że służyli oni pisarzowi tylko i wyłącznie do zagłębienia się i opisania fantastycznego świata.

Na szczęście to właśnie w tym tkwi magiczna siła, która przyciąga do powieści Verne’a, który z niesamowitą pasją opisuje fikcyjne przygody, zupełnie tak jakby spisywał dziennik z podróży, podczas której na każdym kroku dokonuje fascynujących odkryć. Po pewnym czasie tę lekturę się po prostu chłonie, bez znaczenia, że towarzyszą nam papierowe postaci. Trzeba po prostu przełknąć to, że w przeciwieństwie do „W 80 dni dookoła świata”, po odłożeniu książki na półkę, w pamięci nie zostanie nam charyzmatyczny William Fogg.

Pomimo wyraźnej ułomności na tle innych powieści Verne’a, czyta się sprawnie i szybko, a wpływ jaki przygody Lindenbrocka miały na popkulturę jest nieoceniony. Gdybyśmy mieli przypomnieć sobie wszystkie filmy, gry komputerowe i powieści naśladowców nie wystarczyłoby nam miejsca na serwerze.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat