W brzuchu zmutowanego wieloryba. Pierwszy, spóźniony kontakt z trylogią „Lewiatan” Westerfelda

„Lewiatan” to jeden z typowo polskich paradoksów. Seria nie jest ani szczególnie dobra, ani nawet reprezentatywna dla gatunku, a mimo to w Polsce kiedy pada hasło „steampunk w literaturze” większość w pierwszej kolejności wymieni właśnie serię Westerfelda, dopiero po chwili nieśmiało dodając, że kiedyś była jeszcze jakaś „Maszyna różnicowa” i że ta cała Carriger „to w sumie też trochę taki steampunk”.

lewiatan

Złożyło się na to kilka elementów. Przede wszystkim polskiemu wydawcy udało się trafić z datą premiery w moment, kiedy chwilowo, ale gwałtownie wzrosło zainteresowanie światami pary (tak gdzieś w roku 2011). Dodatkowo, do kupna zachęcała charakterystyczna i bardzo atrakcyjna oprawa graficzna. Poza tym jest to powieść dla młodzieży, a te na rynku zawsze mają łatwiej. Autor Kuryera do tej pory kontakt z tym dziełem miał ograniczony, po tym jak bez większych emocji przekartkował pierwszy tom i nigdy nie znalazł czasu na lekturę pozostałych („Behemota” i „Goliata”). Nie zrozumcie mnie źle. Przygoda z załogą Lewiatana nie należy do pozbawionych emocji.

No właśnie, zacznijmy od tego, czym w ogóle jest ten Lewiatan. Otóż jest to okręt powietrzny, będący jednocześnie skomplikowanym, celowo wyhodowanym zbiorem organizmów, z których najbardziej w oczy rzuca się zniekształcony wieloryb z potężnym pęcherzem na plecach, w którym znajduje się lżejszy od powietrza gaz. Po cóż ktoś stworzył tak pokraczne monstrum? W tej rzeczywistości jest to norma.

Polityczną oś w czasach Wielkiej Wojny wyznaczają nie tylko kierunki geograficzne i polityczne antagonizmy, ale także (a może przede wszystkim) rodzaj stosowanej technologii. Państwa Centralne w tej rzeczywistości noszą przydomek Chrzęstów (z ang. Klankers). Zasadniczo, cywilizacja Niemiec i Austro-Węgier opiera się na maszynach napędzanych parą i spalinami. Może to brzmieć trywialnie, dopóki nie uzmysłowimy sobie, że chodzi tu o potężne mechy czy tytaniczne czołgi-pająki.

Clipboard01

Po drugiej stronie mamy Darwinistów, czyli państwa Ententy. Te od maszyn wolą sztucznie tworzone organizmy. Wszystko to możliwe jest, ponieważ Karol Darwin tego świata nie tylko opisał ewolucję, ale też – w jakiś sposób – udało mu się pod prymitywnym szkłem swojego mikroskopu odkryć DNA. Według autora to rewolucyjne odkrycie przełożyło się także na błyskawicznie wdrożoną technologię układania genów, niemal jak klocków Lego. Efekt? Po Londynie początku XX wieku nie jeżdżą żadne samochody, za to roi się od bryczek ciągniętych przez zmutowane bawoły i słonie, a wiadomości przekazują specjalnie zaprojektowane mówiące jaszczurki.

Podobnie jak podręcznik do historii, wszystko zaczyna się od zamachu w Sarajewie. Parze książęcej udaje się jednak ujść z życiem, by niedługo później paść ofiarą innych zabójców. W ten sposób osierocony zostaje ich syn, Alek (jego nie szukajcie w podręczniku).

behemot 2

Ścigany przez morderców ucieka i, po wielu perypetiach trafia na pokład brytyjskiego okrętu wojennego, który leci z misją do Imperium Osmańskiego. Tam też poznaje Deryn Sharp, młodą dziewczynę, która aby zostać członkiem załogi musi udawać mężczyznę. To ich oczami Westerfeld pozwala nam śledzić przebieg wojny, którą rozpisał na trzy tomy.

Po lekturze całości jasne jest, że stworzenie trylogii było wyłącznie strategią marketingową. To w zasadzie jedna powieść, pocięta na trzy części. Z drugiej strony, urywanie akcji w najciekawszych momentach i wieńczenie każdego tomu cliffhangerem trochę przypomina drukowane przed wojną powieści w odcinkach… z czego sam autor na kartach „Behemota” kpi.

lewiatan

Trylogia „Lewiatan” została napisana dla dzieci. Jako stary dziad z umysłem dziecka zgaduję, że w tej kategorii jest całkiem niezła. Westerfeld stworzył przekonującą opowieść o dorastaniu z konsekwentnym rozwojem bohaterów. Niestety autor raczej nie wierzy w możliwości umysłowe swoich czytelników, ponieważ całą tę sagę cechuje prostota.

Proste są intrygi, proste (i powierzchowne) próby wyjaśnienia kształtu tego świata i wreszcie nieznośnie prosty jest język, którym to wszystko napisano. Tuż po lekturze Westerfelda wróciłem do cyklu Gail Carriger, gwarantującego kontakt z pięknymi i kwiecistymi opisami. Taka przesiadka gwarantuje językowy szok.

inside

Słowo klucz dla trylogii Westerfelda to „niezła”. Nie mogę zarzucić autorowi, że nie bawiłem się podczas lektury. Szybka akcja i sympatyczni bohaterowie zapewnili mi rozrywkę. Problem w tym, że ta nie była najwyższych lotów. Słabiutka konstrukcja świata i średniej klasy narracja sprawiają, że „Lewiatan” jest zaledwie pociągowym czytadłem. Dużo większą frajdę niż lektura, zapewnia oglądanie ilustracji Keitha Thompsona, przywodzących na myśl ryciny z dziewiętnastowiecznych powieści przygodowych. I tylko dlatego odrobinę przedłużę swoją podróż na pokładzie Lewiatana i sięgnę jeszcze po ilustrowany przewodnik „The Manual of Aeronautics”.

Ocena:

ocena-6-kolo-zebate

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat