„Kosmiczny dom Larklight” Pilipa Reeve’a – parowa space opera (teoretycznie) dla najmłodszych

Nie wiem co gorsze. To, że przekroczywszy trzydziestkę sięgam po powieści skierowane do młodszych nastolatków, czy to, że ich lektura czasami sprawia mi więcej frajdy niż czytanie tych wszystkich mądrych książek, skierowanych do ludzi w moim wieku. Naprawdę nie wiem, ale niezależnie od tego, dziś bez cienia wstydu polecam wam pierwszy tom serii, którą w założeniu mieli czytać dwunastolatkowie. To „Kosmiczny dom Larklight”, pod którym podpisał się znany steampunkowcom Philip Reeve (to jemu zawdzięczamy ekranizowane przez Petera Jacksona ‘Żywe maszyny”).

Larklight

Jeśli czytujecie tego bloga, prawdopodobnie zauważyliście już, że w największą ekscytację wpadam kiedy steampunk sięga po wątki kosmiczne. „Larklight” to w gruncie rzeczy space opera pełną gębą. I to taka, która przeczytana w XIX wieku mogłaby uchodzić za twarde science-fiction.

Larklight

Akcja rozgrywa się w świecie, w którym statki kosmiczne Imperium Brytyjskiego od co najmniej stu lat przemierzają wypełniający kosmos eter. W czasie, kiedy trwa epoka wiktoriańska, Ziemianie nawiązali już kontakt z cywilizacjami większej części Układu Słonecznego, a wokół naszej planety krąży przedziwna stacja– tytułowy kosmiczny dom Larklight, gdzie rodzina Mumbych prowadzi badania nad gwiezdną fauną (zgadza się, tutejszy kosmos jest nie mniej żywy i ruchliwy niż lasy deszczowe).

larklight ads

Oczywiście nie byłaby to space-opera, gdybyśmy do ostatniej strony śledzili sielankowe poczynania kosmicznej familii. Dlatego sielankę już na pierwszych stronach przerywa atak pająków z saturna, które brutalnie rozprawiają się z dorosłymi a dzieci, którym cudem udaje się zbiec, skazują na tułaczkę. „Larklight” zabierze nas w podróż wokół Słońca: z zdumiewających lasów Wenus, przez pustkowia Księżyca i zamieszkanego przez podłych kolonizatorów Marsa aż po krańce dostępnych map:  w burzliwe przestworza gazowego Jowisza i na spięte pajęczynami pierścienie Saturna.

Pomimo tego, że jest to przygodówka dla małolatów, wcale nie jest to lektura banalna. Treść nie jest prosta, ale autor młodszym opowiada ją przystępną formą, nie traktując ich jak kretynów. Całość przedstawiono jako pamiętnik głównego bohatera (w domyśle, rówieśnika czytelnika), co usprawiedliwia miejscami infantylną narrację a skomplikowaną, starożytną intrygę czyni jednocześnie zaskakująco przejrzystą.

Larklight

Uczciwie muszę jednak zaznaczyć, że „Larklight” to jedna z tych książek, które czyta się wyśmienicie, ale podczas lektury co chwilę odnotowuje się znajome wątki. Wtórność jest tu niemal środkiem artystycznego wyrazu. Sama koncepcja kosmosu bardzo przypomina świat „Space 1889”, autorowi ciężko jest ukryć jak bardzo lubi Burroughsa. Dostrzec można też, wcale nie takie subtelne, inspiracje Lovecrafrem. Ale czyta się wyśmienicie, więc wszystko to bezceremonialnie panu Reeve’owi wybaczam.

Dlaczego? To ewidentnie nie jest wymuszone czytadło napisane wyłącznie z myślą o honorarium. Reeve musiał mieć ogromną frajdę tworząc zupełnie nowe uniwersum, przeplatając wątki wiktoriańskimi analogiami. Ta książka po prostu emanuje pozytywną energią i nie można obok niej przejść obojętnie.

larklight

Rzecz jasna również tę serię Reeve’a dotknęła wielokrotnie tu wzmiankowana steampunkowa klątwa, która powstrzymuje wydawców przed wydaniem którejkolwiek z steampunkowych serii w całości. Nakładem Naszej Księgarni ukazała się jeszcze kontynuacja: „Kosmiczny hotel …”. Ostatni tom trylogii „Mothstorm” trzeba już przeczytać w oryginale. Drobnym pocieszeniem może być to, że oryginalne wydanie jest niemal identyczne z polskim, więc przynajmniej na półce książki będą do siebie pasować.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat