Jak doktor fizyki i sąsiad George’a R.R. Martina postanowił zostać steampunkowym pisarzem. Wywiad z Ianem Tregillisem

Ścisłą naukę zamienił na fantastykę naukową i to w najbardziej zwariowanej formie. Dlaczego poważny naukowiec postanowił opisać świat, który zmieniło wynalezienie w XVII wieku zębatkowych robotów? Ian Tregillis opowiedział nam o swojej pracy, mieszkaniu tuż obok twórcy „Gry o tron” oraz o tym dlaczego nie znosi serialowego „Flasha”.

ian

Zanim został pan pisarzem uzyskał pan doktorat z fizyki. Potem do nauki dołączyła fantastyka naukowa. Faktycznie biurko i klawiatura mogą być ciekawsze niż laboratorium?

Robiłem różne rzeczy, ale zawsze marzyłem o pisaniu i to na długo zanim ukończyłem doktorat. Obiecałem sobie, że jak tylko skończę szkołę, znajdę czas na tworzenie historii. Jak tylko otrzymałem dyplom chciałem zająć się realizowaniem tego marzenia, ale ostatecznie pomysł odłożyłem na kilka lat i zacząłem wszystko od początku. Fantasy i science-fiction to moja ucieczka i relaks, podczas gdy nauka to etatowa praca. To co najbardziej lubię w pisaniu fikcyjnych opowieści, to ćwiczenie wyobraźni w sposób, w jaki nie zrobiłoby tego codzienne życie.

Fantastyka bywa uważana za „gorszy gatunek”. Czy poważny dyplom i dorobek akademicki pozwalają panu przełamać ten stereotyp? I czy wiedza z zakresu fizyki wpływa na to co pan pisze?

Zaskoczę pana, ale to działa raczej w drugą stronę. To rozwój warsztatu pisarskiego wpłynął na moją karierę naukową. Praca fizyka to nie tylko eksperymenty w laboratorium, ale też konieczność przedstawiania swoich idei w postaci tekstu. Kiedy stałem się poważnym pisarzem, umiejętności, które zdobyłem pisząc prozę wpłynęło także na to jak piszę teksty naukowe. Z tym czy moja codzienna praca przynosi jakikolwiek szacunek niemądrym historyjkom, które piszę, to ciekawa kwestia. Ale wątpię, żeby tak było (śmiech). Moi koledzy po fachu wiedzą co robię po godzinach i zasadniczo mnie wspierają w tym, nawet jeśli uważają to co wychodzi spod mojego pióra za bzdurne.

A kiedy ogląda pan filmy, albo czyta książki innych autorów, zgrzyta pan zębami, kiedy zauważa naukowe bzdury?

Jeśli dobrze się bawię, śledząc fabułę to raczej nie mam pretensji i rozumiem, że rozrywka rzadko kiedy podchodzi rygorystycznie do nauki. Dużo bardziej krytyczny jestem kiedy chodzi o warsztat – narrację, przedstawienie postaci itd. Bez wątpienia istnieją jednak rzeczy, które sprawiają, że naukowa część mojego mózgu zaczyna boleć, kiedy mam z nimi kontakt. W Stanach emitowany jest taki serial na podstawie komiksu „The Flash”. Bohaterowie ciągle mówią tam o czymś co nazywają „mocą prędkości”. Jako fizyk na dźwięk tego terminu przechodzę agonię.

Za nami połowa „Wojen alchemicznych”. Kiedy pojawił się pomysł na tę trylogię?

Pierwsze ziarenko pomysłu zakiełkowało kiedy napisałem krótkie opowiadanie do jednej z antologii. Opracowałem historię mechanicznego człowieka, który chce się wyzwolić od swoich konstruktorów. Miałem w głowie całą historię, ale brakowało mi świata, w którym mógłbym ją osadzić, czasu i miejsca akcji. Od razu odrzuciłem myśl o wiktoriańskiej Anglii, która jest nadużywana w steampunku. Podczas burzy mózgu nagle naszła mnie myśl: „A co gdyby klakierzy (ludzkie mechanizmy – przyp.red) byli tworzeni w Holandii?”. Przypomniałem sobie, dzięki naukowej części mojego życia, o Christiaanie Huygensie, naukowcu i wynalazcy zegara wahadłowego. Pracował w tym samym czasie co sir Isaac Newton, a Newton z kolei miał obsesję na punkcie alchemii… I nagle w moim umyśle pojawił się cały świat, który był zbyt okazały na jedno, krótkie opowiadanie.

Uwielbiam to jak przedstawił pan Holandię i Francję w latach 20. Coś szczególnie pana zafascynowało w międzywojennej Europie?

Dziękuję bardzo. Muszę przyznać, że czas akcji wybrałem z całkowicie przyziemnych powodów. Zaplanowałem sobie, że historia rozpocznie się 250 lat po wynalezieniu pierwszego Klakiera. Chodziło o okrągła liczbę. Dzięki temu, że minęło tyle czasu, alternatywny świat mógł stać się zupełnie odmienny od tego, co znamy. A chciałem, żeby przełomowe odkrycie Huygensa wydarzyło się w tym samym czasie, kiedy Ludwik XIV najechał Niderlandy.

Dużo czasu spędził pan analizując jak przebiegłaby historia?

Mnóstwo czasu poświęciłem na zapełnienie półek książkami o historii Kanady, dworze Ludwików XIV-XVI oraz – co może wydać się dziwne – duńskiego złotego wieku. Nie mam pojęcia ile  tych informacji ostatecznie trafiło do „Wojen alchemicznych”, poza różnymi ciekawostkami to tu, to tam. Bardzo często łapię się na tym, że piszę coś, jednocześnie robiąc research. Zawsze mnie to krępuje. Wolałbym spędzić kilka lat czytając tak dużo, jak to możliwe, a dopiero potem zabrać się za pisanie.

Czy tworzenie historii alternatywnej pozwoliło panu wreszcie w pełni wyzwolić wyobraźnię?

Pracując nad takim tematem, czuję, że moja wyobraźnia jest odrobinę ograniczona. Tak jakby otaczały ją wysokie ściany. Chodzi o to, że historia ulega zmianie w pewnym punkcie, a reszta jest tego następstwem. A żeby była to prawdziwa i wiarygodna „historia” musi to być całkowicie logiczne. Na przykład, jeśli w XVII stuleciu zostaje wynaleziony nieśmiertelny, mechaniczny służący, ludzkość może uzależnić się od ich pomocy i powierzać im każdy rodzaj pracy. W efekcie nigdy nie powstanie silnik parowy, bo nie będzie po prostu potrzebny. A jeśli nie będzie takiej technologii, to jak ludzie będą podróżować przez Oceany? Czy nadal będą stosowane żagle? I jak w ogóle będą wyglądać statki w takiej rzeczywistości? I tak dalej… Pytania pojawiają się szybciej, niż pisarz jest w stanie znaleźć odpowiedzi.

A skoro o parze mowa, wielu czytelników określa pana książki jako steampunk, lub jako clockpunk. Wielu pana kolegów po fachu robi co tylko może, żeby uciec przed etykietami z terminem „-punk”.

Kolejne dobre pytanie. Nie wyłamię się. Nie uważam aby „Wojny alchemiczne” były steampunkowe. Z tego co pamiętam nikt w całej trylogii nie nosi cylindrów ani gogli (śmiech). Bardzo mi podoba się to sformułowanie „clockpunk”, ale nie za bardzo rozumiem co to jest, więc nie wiem też jak odnosi się to do tych książek. Chyba jednak jest bliższe, ponieważ zawsze wyobrażałem sobie Klakierów jako zestaw części zegarowych.

Zna pan w ogóle subkulturę steampunkową albo dieselpunkową? Są jacyś autorzy z tego nurtu, których pan zapamiętał?

Uwielbiam te niesamowite grafiki i cosplaye, które tworzą fani steampunku. W tej społeczności są niesamowicie kreatywni ludzie. W pamięć zapadło mi szczególnie zdjęcie grupy z któregoś konwentu, w której wszyscy przebrali się za steampunkowe wersje Pogromców Duchów. To chyba najfajniejsza rzecz jaką kiedykolwiek widziałem. Steampunk nie jest mi obcy. Po raz pierwszy zetknąłem się z tą koncepcją wiele lat temu, kiedy przyjaciel opowiedział mi o grze RPG „Space: 1889”, w którą… nigdy nie zagrałem (śmiech), ale sam pomysł podróży kosmicznych w XIX wieku rozwalił mój umysł.

Pracował pan przy „Dzikich kartach”, antologii nad którą czuwał George R.R. Martin. Jakim „szefem” jest twórca „Gry o tron”?

Prawdę mówiąc, George i ja mieszkamy w tym samym mieście. I to nie jest duże miasto. W zasadzie razem z żoną chadzamy do restauracji, w której bywa i do kina, którego jest właścicielem. Swoją drogą to bardzo miły gest dla lokalnej społeczności, o którym warto wspomnieć. Za własne pieniądze przywrócił działalność kina, które stało opuszczone przez kilka lat. To doskonały pisarz i, dzięki długiej karierze, wnikliwy redaktor. Na początku trochę obawiałem się przedstawiać mu swoje pomysły. Nie miałem pojęcia jak zareaguje jako mistrz pióra. W rzeczywistości to bardzo miły człowiek, ale zawsze czujny i pełen świetnych pomysłów.

A pan jakie książki by polecił.

Jestem ogromnym fanem jednego z ojców steampunku, Tima Powersa, więc bez chwili zastanowienia poleciłbym każdą książkę z jego nazwiskiem na okładce. Jedną z lepszych książek, które czytałem przez ostatnią dekadę napisała Elizabeth Wein. To „Kryptonim Verity”. Uwielbiam też starannie zbadaną literaturę faktu Erika Larsona, a zwłaszcza „Diabła w białym mieście”. Moja przyjaciółka Elizabeth Ber napisała niedawno steampunkową perełkę „Karen Memory”.

Trylogia za nami. Co teraz?

Po zakończeniu „Wojen alchemicznych” poczułem się bardzo wypalony i wziąłem sobie krótki literacki urlop. Potem go wydłużyłem i obecnie skupiam się na obowiązkach, które nie wymagają klawiatury. Chociaż teraz nie piszę to jednak cały czas zbieram pomysły na nowe opowieści i rozkoszuję się poczuciem całkowitej wolności wyobraźni, którą reprezentuje pusta kartka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat