Prus na dopalaczach. Ile „Alkaloid” ma wspólnego z Lalką?

„Lalka” od ponad stulecia męczy mniej sprawnych intelektualnie licealistów i fascynuje bardziej wrażliwych czytelników. Dzieło Prusa trwale zapisało się w historii polskiej kultury i wydawało się, że powiedziano o nim wszystko… do czasu kiedy pewien niepokorny literat postanowił dopisać do klasyki wątki fantastyczne.

alkaloid

Jedną z fajniejszych cech steampunku jest swoboda w łączeniu oryginalnych pomysłów z wątkami i bohaterami klasyki. Swoboda ta wynika z banalnego powodu – prawa autorskie do tytułów z naszego ulubionego okresu dawno wygasły. Dzięki temu Moore mógł zbudować wiktoriańską drużynę superbohaterów, bez zażenowania zbierając wszystko, co mu przyszło do głowy. Na rodzimym podwórku podobny zabieg próbował powtórzyć Janicz w Pierwszej brygadzie. Jeżeli dodamy do tego niezliczone przykłady kontynuacji, polemik i reinterpretacji z Verne’em i Wellsem na samo wymienianie stracimy cały dzień.

Jako podobną formę próbowano reklamować „Alkaloid” (który swój żywot rozpoczął jako opowiadanie na łamach „Retrostacji”), w rzeczywistości jednak dzieło osoby, która podpisała się jako „Aleksander Głowacki” bardziej spowinowacone jest z „Przez ciemne zwierciadło” Dicka niż z jakimkolwiek tekstem autora „Faraona”. W zasadzie bliżej mu nawet do „Diuny” niż do „Lalki”, której ma być kontynuacją.

alkaloid_bg_25

Zacznijmy od początku. Co takiego wciśnięto na karty powieści, że dało się z względnie czystym sumieniem przekonać czytelników, że opisuje ona nieznane losy Wokulskiego? Są bohaterowie. Jest rzecz jasna Wokulski we własnej osobie.

Gdzieś tam przewijają się Ochocki, Geist i Rzecki. Czasami nawet postaci, jakby z obowiązku, wspominają stare dzieje i warszawskie ulice. I w zasadzie tyle. Dużo lepiej wychodzi wplatanie postaci historycznych, takich jak Witkacy czy Tesla. To za mało, żeby usprawiedliwić przyjęcie przez autora pseudonimu „Głowacki”.

Cała więź z dziewiętnastowiecznym tytułem to wyłącznie sprytna sztuczka, żeby zdobyć zainteresowanie czytelników. Nikt nie próbował toczyć gry z tekstem Prusa, nie ma mowy o tworzeniu błyskotliwego mash-upu. Kiedy jednak sięgniemy po książkę bez nadziei na sentymentalną zabawę, okazuje się, że „Alkaloid” to nieszablonowa, odkrywcza i nowatorska praca, która powinna zająć miejsce w czołówce światowego steampunku z najwyższej półce (i mówimy tu o półce nie „Maszyny różnicowej”, ale „Against the Day” Pynchona).

alkaloid_bg_0

Wszystko zaczyna się od tytułowego alkaloidu obecnego w wywarze z bulw Buszmena, który zostaje podany Wokulskiemu przez zulusów. Odkrycie cudownego składnika poszerzającego świadomość zmienia oblicze świata. Początkowo traktowany jako nowa używka środek wpływa na globalną ekonomię i politykę, by wreszcie pozwolić bohaterowi stworzyć z prowadzonego w Oriencie biznesu własne mocarstwo i kreować przyszłość.

„Alkaloid” to w gruncie rzeczy dwie książki. Pierwsza – steampunkowo-przygodowa, obfitująca w porywające przygody i polityczno-przemysłowe spiski. Druga – przedziwny traktat o chemii, nieograniczonej władzy i fizyce kwantowej (sic!). Może wydawać się, że autor nie mógł zdecydować się czy chciał stworzyć literaturę wysoką, czy rozrywkową, ale fabuła prowadzona jest tak konsekwentnie, że nie ma mowy o jakiejkolwiek niespójności.

Książka Głowackiego to jeden z najbardziej ekstrawaganckich i nietuzinkowych przykładów steampunku. Na pewno nie jest to pozycja dla rozmarzonych filologów, śniących o uliczkach dziewiętnastowiecznej Warszawy. W kategorii parowej fantastyki to jednak lektura obowiązkowa. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu można ją legalnie przeczytać za darmo.

Ocena:

ocena-10-kolo-zebate

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na ten temat